
Praca online nie musi oznaczać pracy w samotności. W tej rozmowie z cyklu Specka na Onlajnie Ela Wolińska – mentorka, doradczyni zawodowa, pedagożka i organizatorka Konferencji Freelance oraz śniadań biznesowych dla przedsiębiorczych kobiet w Lublinie – opowiada, dlaczego warto wyjść zza monitora i spotykać się z innymi freelancerkami na żywo.
Rozmawiamy o tym, jak poszerzać strefę komfortu zamiast się z niej wyciskać, jak zagadać na konferencji, gdy się wstydzisz, co zrobić z zebranymi wizytówkami i dlaczego relacje zbudowane offline zostają na lata.
Do posłuchania
Rozmowa w zapisie:
Sylwia:
Mam nadzieję, że nas połączyło. Dziewczyny, witajcie na kolejnym spotkaniu z cyklu Specka na Onlajnie. Dzisiaj naszą gościnią jest Ela Wolińska. Elu, powiedz kilka słów o sobie, a ja w tym czasie sprawdzę, czy nas widać i słychać.
Ela:
Dziękuję bardzo za zaproszenie. Cieszę się, że jestem dzisiaj na tym spotkaniu. Chyba pierwszy raz rozmawiamy – znamy się z Sylwią wiele lat, ale pierwszy raz widzimy się na rozmowie online, więc tym bardziej się cieszę. Jestem mentorką, doradczynią zawodową i pedagożką. Prowadzę szkolenia i regularnie organizuję wydarzenia: śniadania biznesowe dla przedsiębiorczych kobiet, a także konferencje, o których dzisiaj też porozmawiamy. Więcej o mnie pewnie wybrzmi w międzyczasie.
Sylwia:
Zamieszczę Wam linki do Eli. I będzie właśnie o konferencji, bo to już tuż-tuż.
Ela:
Tak, zostały niecałe dwa tygodnie.
Sylwia:
Wspominałam już o tym trochę w społeczności Specek. Elu, skąd pomysł na taką konferencję i w ogóle na te spotkania? W Lublinie organizujesz też spotkania śniadaniowe. Skąd pomysł, żeby wyjść zza monitora i przenieść się do offline’u?
Ela:
Na to pytanie będę chyba odpowiadać najdłużej, bo to cała geneza spotkań. W 2017 roku zaczęłam jeździć na konferencje, a pierwszą był WordCamp – i to w Lublinie, żeby było śmieszniej. W tym samym roku pierwszy raz wystąpiłam, akurat na Internet Beta. Od 2017 roku prowadzę też kursy i jestem mocno związana ze środowiskiem wirtualnej asysty, freelancingu i pracy zdalnej. Kiedy zaczęłam regularnie jeździć na konferencje, zawsze skrzykiwałyśmy się w grupkę – najczęściej na WordCampach. Przyjeżdżało kilka moich kursantek i innych wirtualnych asystentek ze społeczności. Pamiętam WordCamp w Łodzi: siedziało nas kilkadziesiąt na jakimś before party i powiedziałam, że marzy mi się dedykowana konferencja dla wirtualnych asystentek. Rozmawiałam wtedy z Anią Tabor i obiecałam, że kiedyś coś takiego zrobię. Tylko że niecały rok później wybuchła pandemia – WordCamp w Łodzi był jesienią, a wiosną wiemy, co się zaczęło dziać. Wszyscy przenieśli się do online’u, konferencje też, i ta idea gdzieś umarła. Potem urodziłam trzecie dziecko, więc w ogóle nie myślałam o organizowaniu czegokolwiek, choć nadal jeździłam. Kilka lat temu na jednym z kursów miałam świetną dziewczynę, która powiedziała: „Ale bym pojechała na taką konferencję dla wirtualnych”. A ja na to: „Ja kiedyś chciałam ją zrobić, to ci pomogę”. Zrobiłyśmy badanie rynku, czy jest taka potrzeba i czy ktoś by przyjechał. Okazało się, że zainteresowanie jest dość duże, i zrobiłyśmy to trochę na hura. Suma sumarum zrobiłam to sama, bo na kilka tygodni przed konferencją ta dziewczyna się wycofała – miała dużo pracy i swoje sprawy osobiste. Pierwsza edycja była w Warszawie i wszystko robiłam sama, łącznie z recepcją. Kiedy przyjechały dziewczyny, było cudownie, bo same proponowały pomoc – okazało się, że nie jestem w stanie się rozdwoić, a nawet roztroić. Do toalety poszłam dopiero, kiedy wszystko się skończyło i ludzie wyszli. Cały dzień byłam na nogach, spocona jak szczur, i do tego prowadziłam konferansjerkę. Z tej konferencji mam niewiele zdjęć, które nadawały się później do contentu, bo ciągle ktoś czegoś ode mnie chciał i ciągle biegałam. Ale okazało się, że potrzeba jest ogromna. Bilety wyprzedały się w przedsprzedaży kilka tygodni przed wydarzeniem i musiałyśmy zablokować sprzedaż. To dało mi nadzieję, że jest potrzeba wychodzenia do swojej społeczności. Czasem kojarzymy wyjście na wydarzenie z wyciskaniem się ze strefy komfortu, a ja zawsze mówię, że ze strefy komfortu nie trzeba wychodzić – trzeba ją poszerzać. Najłatwiej wyjść tam, gdzie kogoś znamy i lubimy albo gdzie tematyka jest dla nas przyjazna. Ty jesteś związana z WordPressem, to Twoje środowisko. Ale kiedy mówiłam wirtualnym asystentkom o WordPressie, one dopiero zaczynały i dla nich to było egzotyczne i straszne.
Sylwia:
Że tam są wszyscy na wyższym poziomie.
Ela:
Tak. „Co ja tam będę robić? Dopiero zaczynam, a tam będzie wyższy poziom, pewnie męskie grono, będą na mnie patrzeć jak na zieloną idiotkę, która nic nie wie”. Jest taka obawa, że to po prostu nie dla nich, i nie ma chęci spróbowania. Tym bardziej że te wydarzenia mają bardzo przystępne ceny. Na WordCampie, jak doskonale wiesz, bilety kosztują w granicach 200–300 zł za kilkudniową konferencję. Bilet na moją całodniową konferencję, napakowaną wiedzą, też kosztuje mniej niż 300 zł – a z Twoją zniżką jeszcze mniej, o czym zresztą powiemy. To pokazało mi, że trzeba działać. W tej chwili jest już czwarta edycja i robimy ją w Lublinie. Jestem z Lublina, to moje środowisko. Warszawa pokazała mi, że jeśli nie jestem na miejscu, bardzo trudno wszystkiego dopilnować i być w stałej relacji z osobami, które nadzorują na przykład hotel. Nie mówię, że menedżerowie są niemili, ale to zupełnie co innego, kiedy jestem na miejscu: dzwonię i w każdej chwili mogę podjechać, zmierzyć, gdzie będą stoiska, jak podzielić salę, i wszystkiego dopilnować. Zauważyłam też na spotkaniach networkingowych – i słyszę to od uczestniczek – że Warszawa jest podzielona na dzielnice, trochę jak stany z osobną polityką, a Lublin jest zjednoczony: na różne wydarzenia jeżdżą te same ekipy. Zamarzyłam sobie, że zjednoczę społeczność przedsiębiorczych osób z regionu, ale też pokażę ten region jako przyjazny dla całej Polski. Tydzień temu miałam live’a z Magdą z WP SK i ktoś napisał w komentarzach: „Lublin to dziura”. A ja chcę pokazać, że Lublin nie jest dziurą. Jest piękny, przyjazny, dość kameralny, choć to miasto wojewódzkie, i do tego niedrogi. Można przyjechać na konferencję i zostać dłużej albo przyjechać wcześniej i pozwiedzać. A co do śniadań: prawie dwa lata temu założyłam fundację. Trafia do mnie bardzo dużo kobiet w procesie zmiany, a nie każdej mogę ofiarować swój czas bezpłatnie – mam czwórkę dzieci, dom, kredyt hipoteczny, muszę za coś żyć. Wymyśliłam więc, że założę fundację, będę pozyskiwać granty i w ten sposób pomagać. Z grantami różnie bywa, zderzyłam się ze ścianą, ale w ramach fundacji raz w miesiącu organizuję spotkanie dla kobiet i buduję społeczność. Początkowo były dedykowane wirtualnym asystentkom i freelancerkom, ale zaczęły przychodzić kobiety z różnych branż, solo przedsiębiorczynie. Okazało się, że osoby pracujące w stu procentach zdalnie, przy komputerze, bardzo trudno wyciągnąć, a solo przedsiębiorczynie mają potrzebę wychodzenia ze swoją usługą do innych ludzi. Więc te spotkania dedykuję właśnie im. To się sprawdza: czasem przychodzą nowe osoby, czasem te same, ale zawsze jest dwadzieścia kilka osób. To fantastyczne i odpowiada też na potrzebę mojego talentu relator, który mam na pierwszym miejscu w Gallupie. Duże wydarzenia uzupełniają te mniejsze, comiesięczne.
Sylwia:
Zaczynałaś w gronie freelancerek, a dokładniej wirtualnych asystentek, a teraz to się rozrosło. Czy zauważyłaś zmianę w osobach pracujących online od czasu, kiedy zaczynałaś organizować konferencje? Czy bardziej otwierają się na spotkania? I skąd zmiana z konferencji dla wirtualnych asystentek na konferencję freelance? Czy wynikło to z potrzeby rynku?
Ela:
Już druga edycja nazywała się konferencją dla wirtualnych asystentek i freelancerek, podobnie trzecia. A teraz to po prostu Konferencja Freelance, bo okazało się, że panowie czuli się wykluczeni. Na trzeciej edycji mieliśmy sporo panów, ale prelekcje były kierowane do kobiet, a przecież panowie też w tym uczestniczą. Co więcej, mój mąż kilka razy przemycił się na spotkania śniadaniowe i mówi, że nam zazdrości, bo nie może znaleźć dla mężczyzn niczego w takiej atmosferze otwartości. Są albo bardzo oficjalne spotkania w garniturach – niektórym to pasuje – albo kręgi męskie, które go nie interesują. Docelowo chcę prowadzić też śniadania mieszane albo dla mężczyzn, ale na razie skupiamy się na konferencji. Odpowiadając na Twoje pytanie: zaczęło się od tego, że różne osoby zgłaszały mi: „Ja już nie jestem wirtualną asystentką, jestem social media managerką” albo „mentorką osób pracujących zdalnie”, albo „zajmuję się tylko stronami internetowymi”. Z jednej strony to mnie cieszy, bo rynek zaczął się specjalizować. Kiedy 15 lat temu zaczynałam pracę zdalną, wszystko było w jednym worku multifunkcyjności: strony, media społecznościowe, newsletter – wszystko robiła jedna osoba. To wymusiło bardzo szybki rozwój, ale było też trudne i męczące, bo nie było dostępnych kursów. Pojawiły się dopiero później. Były oczywiście kursy WordPressa, ale nie dedykowane tak jak u Ciebie freelancerkom, które chcą pracować ze stronami – bez programowania, bardziej przystępnie. Kiedy dziewczyny zaczęły mi to zgłaszać, mówiłam: „Przecież wszystkie jesteście z tego samego środowiska. Dlaczego nie chcesz przyjechać, skoro zajmujesz się tylko jedną gałęzią? Spójrz na agendę”. Agenda odpowiada na potrzeby przedsiębiorczości w ogóle: budowania biznesu solo, budowania małego zespołu albo pracy zza komputera w domu czy biurze. Mam też wrażenie, że słowo „freelance” wielu osobom kojarzy się z influencerem i nie rozumieją go, więc edukacja musi postępować. Dlatego mocno podkreślamy, że konferencja jest dla wszystkich przedsiębiorców – nie tylko dla kobiet i nie tylko dla wirtualnych asystentek. Sama trochę wychodzę z bańki wirtualnej asysty, z którą jestem mocno kojarzona. Kiedyś ochrzczono mnie matką wirtualnej asysty, a dwa lata temu w Poznaniu dostałam nagrodę za kurs wirtualnej asysty i przedstawiono mnie właśnie tak.
Sylwia:
Bo chyba jesteś pierwszą osobą, która zaczęła szkolić wirtualne asystentki i wprowadziła to pojęcie. Ja też kojarzę wirtualną asystę z Tobą i jej początkami, więc to pewnie dalej krąży w środowisku.
Ela:
Dokładnie. I nie przeszkadza mi to – to jest fajne, nawet ciepłe. Wydaje mi się, że jestem ciepłą, otwartą osobą. Natomiast moja edukacja i kariera, mówiąc szumnie, poszły do przodu. Zrobiłam studia podyplomowe z doradztwa biznesowego. Mój kurs wirtualnej asysty dawno temu nazwałam „Od zera do online”: zaczynasz z tym, co masz, i w trakcie wybierasz specjalizację – wirtualną asystę, social media management, coś innego, może WordPress. Jest też moduł WordPressowy albo kierujemy dalej, w zależności od tego, jak chcesz działać. Współprowadzę go z mężem, który jest świetnym specjalistą od mediów społecznościowych i genialnie rozwija marki lokalne. Męska energia jest dziś bardzo potrzebna w działaniu, a ja jestem osobą, która nadaje kierunek. Trafiają do mnie kobiety, które szukają swojej drogi we freelansie i pracy zdalnej, więc chcę trochę wyjść z bańki wirtualnej asysty i pokazać, że to nie jest tylko dla wirtualnych asystentek. Zobaczcie – będzie Sylwia Stein, która ma Przystań Specek i jest związana z WordPressem, a nie typowo z wirtualną asystą. Wiem, że wirtualne asystentki do Ciebie trafiają, bo współprowadzisz jeden z kursów, ale to jednak konkretna specjalizacja, w której dziewczyny się rozwijają.
Sylwia:
Na początku wiele dziewczyn robi to, to i tamto, ale krok po kroku chcą się w czymś konkretnie specjalizować. Mogą więc czuć się ograniczone, że coś jest tylko dla wirtualnych asystentek, skoro one już nimi nie są. Albo asystę kojarzą z odpowiadaniem na maile i odbieraniem telefonów, a nie z czymś szerszym. A pod wirtualną asystę może podchodzić wiele gałęzi.
Ela:
Dokładnie – chodzi o szukanie swojej specjalizacji. Często słyszę, że ktoś chce zarabiać dobre pieniądze w wirtualnej asyście. To jest możliwe, ale z konkretną specjalizacją. Odpowiadanie na maile to typowa praca biurowa, trochę jak sekretarka, tylko zdalnie i dla kilku klientów. To bardzo dobre na początek, kiedy dopiero szukasz swojej drogi. Ale pamiętajmy, że tu jest największy boom i największe zainteresowanie dziewczyn, które chcą w tym pracować, więc i stawka jest najniższa. Oczywiście nie zgadzamy się na stawki poniżej standardów, ale jest pewien szklany sufit – nie krzykniemy 70 czy 80 zł za godzinę za wysyłanie maili, bo przedsiębiorcy nie są głupi. Kiedy jednak dodasz konkretną specjalizację – obsługę strony internetowej, której przedsiębiorcy często boją się w ogóle dotykać, opiekę nad stroną, budowanie landingów do produktów, opiekę nad sklepem, prowadzenie mediów społecznościowych – stawka rośnie z każdą kolejną umiejętnością. Nie zachęcam do robienia wszystkiego, bo wiem, jak mnie to w pewnym momencie wypaliło. Chodzi o to, żeby znaleźć swój kierunek i być trochę integratorką: jeśli robimy strony, nie musimy być programistkami, ale wokół WordPressa możemy zbudować kilka umiejętności – opiekę, prowadzenie sklepu, platformy kursowe – i wtedy stawka jest konkretna. O tych różnych umiejętnościach też będzie na konferencji. Będzie kilka tematów wordpressowych i całe warsztaty, które Ty prowadzisz.
Sylwia:
Na Twojej konferencji jest kilka ścieżek, prawda? Widziałam pod jakimś postem pytanie, czy to trzy prelekcje w jednym czasie. Każdy może wybrać swój kierunek, nie musi iść na wszystko.
Ela:
Dokładnie, można chodzić z sali do sali. Warsztaty odbywają się w osobnych salach – kto pierwszy, ten lepszy – i zamykamy drzwi, oczywiście z zachowaniem standardów bezpieczeństwa, żeby można było wyjść. Do warsztatów raczej nie dołącza się w trakcie, żeby ich nie rozbijać, bo prowadzi się je inaczej niż prelekcję. Chyba że ktoś usiądzie z boku i posłucha, jeśli będzie miejsce. Jeśli chodzi o prelekcje, jest sala komunikacyjno-rozwojowa, mentalna, gdzie porozmawiamy o wypaleniu, stawkach, negocjacjach. I jest sala typowo biznesowa: o AI, o stronach internetowych, o cyberbezpieczeństwie – czymś, co jest w online’ach najbardziej zaniedbywane i niedoceniane. Często myślimy: „Co to nas dotyczy?”, a okazuje się, że bardzo. Będzie naprawdę dużo fajnych rzeczy. A jeśli coś nas akurat nie interesuje, jest cała strefa networkingowa z kawą, herbatą i ciasteczkiem, partnerami i konkursami. Wiem, że co najmniej jeden partner przygotował fajny konkurs, w którym można wygrać duży zestaw klocków Lego – mamy szczególnie docenią.
Sylwia:
Puścimy informacje na ten temat.
Ela:
Tak, na pewno w tym tygodniu. Będzie można porozmawiać i zebrać jakiś gadżet. Ja jestem gadżeciarą i z konferencji zawsze przywożę pełno notesów.
Sylwia:
Tak samo mój mąż – on z konferencji wynosi właśnie gadżety.
Ela:
Niektórzy pewnie mnie przeklinają, ale ja chodzę i szukam notesów. Jestem biurowym frikiem i zawsze mam zapas. Inne gadżety mogą nie być, ale notes zawsze się przyda. Uwielbiam wszystko notować.
Sylwia:
Ja też mam milion karteczek wszędzie, więc doceniam takie gadżety. Wspomniałaś o miejscach do networkingu i stoiskach. To chyba coś, co wyróżnia spotkania offline’owe – ta przestrzeń. Jest dużo wydarzeń online, konferencji i networkingów online, ale w offline’ach jest coś więcej. Jakie byś podała wyróżniki?
Ela:
Nie ma czystej sprzedaży na scenie. Ja też czasem robię webinary – dajemy swoją wiedzę, ale potem jest sprzedaż, coś za coś. Przychodzisz posłuchać, dostajesz namiastkę wiedzy, a potem możesz kupić więcej albo nie. Na konferencjach na scenie jest czysta wiedza. To pigułki, bo prelekcja trwa 20 minut, ale można zadać pytanie prelegentowi, a potem złapać go jeszcze w kuluarach i dopytać. Brak sprzedaży na scenie jest dla mnie mega fajny, bo korzystam tylko z wiedzy, która mnie interesuje. Fajne są też spotkania z prelegentami, których znamy tylko z online’u. Ja na przykład bardzo lubię i podglądam Roberta Górnika. Wiosną byłam na konferencji w Lublinie, na której był jednym z prelegentów. Czekaliśmy na niego z mężem, byłam zachwycona jego prelekcją, siedziałam i po prostu: wow. Poczekałam pod salą, aż wyjdzie, złapałam go i powiedziałam: „Robert, musisz u mnie wystąpić”. I zgodził się. To jedna z prelekcji, na którą na milion procent pójdę – będę pilnować zegarka i nawet jeśli będą wtedy jakieś super ważne rozmowy, powiem: „Przepraszam, idę posłuchać Roberta”. Fajne jest to, że można zobaczyć na żywo swojego mentora czy idola. Myślę, że jeśli przyjedzie Twoja społeczność, będzie okazja spotkać się z Tobą, przybić przysłowiową piątkę, porozmawiać i się uściskać. Widzę, jakie to budujące. A jeśli chodzi o networking: ostatnio usłyszałam bardzo mądre zdanie od Magdy Kucioch, którą niektóre z Was mogą kojarzyć z konferencji. Byłam na Klubie Przedsiębiorczych Mam i Magda powiedziała zdanie, które ciągle powtarzam w mediach społecznościowych: „Sukces zaczyna się od rozmowy”. Opowiadała, jak była na jednym z pierwszych większych eventów – ma firmę, która obsługuje duże eventy dla dużych firm. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, i zobaczyła pana, który stał samotnie pod ścianą. Podeszła i zapytała: „Czemu pan tak sam stoi?”. A on: „Jestem właścicielem tego wszystkiego”. Okazało się, że zagadała właściciela Porsche. Zbudowali wtedy tak fajną relację, że teraz zapraszają ją bezpośrednio, już nie przez firmy eventowe, i jest regularną partnerką ich wydarzeń. To duży przykład, od razu trafiła na grubą rybę. A my czasem się tłumaczymy, że nie pójdziemy, bo nie chcemy wychodzić ze strefy komfortu. Ostatnio pytałam znajomą, czy będzie. Usłyszałam: „Wiesz, ja się nie nadaję na takie eventy, nie nadaję się do występowania”. Mówię: „Ale ty nie występujesz. Idziesz, rozmawiasz, słuchasz, chłoniesz wiedzę”. „Ja się nie nadaję, nie umiem rozmawiać z ludźmi, jestem introwertyczką”. To hasło „jestem introwertyczką” to jakaś zmora. Może nie uwierzysz, ale ja też jestem introwertyczką – według wszelkich badań i testów, nawet tych od pani psycholog, nie pół na pół, tylko w stu procentach. Może dlatego buduję własną społeczność i wydarzenia. Po takich wydarzeniach muszę odpocząć, bo mój mózg jest przebodźcowany, ale to nie może być wymówka. Klienci nie spadną nam z nieba. Dzisiaj – to trochę masło maślane – nie zbudujemy biznesu wyłącznie online. Ciągle słyszę: „Nie mam klientów”. A co robisz, żeby ich znaleźć? Stworzyłaś dobrą ofertę i ją wysyłasz? Wychodzisz na networkingi, spotykasz się z ludźmi? „No nie, odpowiadam na ogłoszenia”. Ale na te ogłoszenia odpowiada też sto innych osób. Owszem, w końcu jakiś klient odpisze, ale to bardzo żmudne. A kiedy wychodzisz, spotykasz się i zagadujesz – na przykład na śniadaniach biznesowych, których jest masa, na pewno w Twoim mieście albo kilkadziesiąt kilometrów od Ciebie – to zupełnie co innego. Na konferencji, jeśli nie wiesz, do kogo zagadać, bo się wstydzisz, podejdź do kogoś, kto też się wstydzi. Zawsze ktoś stoi z telefonem i udaje, że go nie ma.
Sylwia:
Dokładnie.
Ela:
Możesz być pewna, że ona nie odpisuje właśnie na wiadomości typu „życie albo śmierć”. Podejdź i powiedz: „Hej, też jesteś pierwszy raz? Widzę, że stoisz sama”. Masz już pierwszy krok do rozmowy. Zyskasz może klientkę, kogoś, kto zainteresuje się Twoją usługą albo Cię zaobserwuje – albo po prostu fajną koleżankę, z którą na kolejny event pojedziecie razem.
Sylwia:
Albo całe społeczności – dziewczyny skrzykują się z jednego kursu i przyjeżdżają razem na konferencję. Wiadomo, że ta grupa jest od tej mentorki, a tamta od innej. To też jest bardzo fajne. Na żywo zupełnie inaczej się z kimś rozmawia niż w online’ach. W Przystani mam dziewczynę, która w ogóle nie reklamuje się online, nie ma nawet swojej strony. Chodzi po prostu na wszystkie regionalne spotkania i tam pozyskuje klientów. I to nie są typowe spotkania dla solopreneurek czy freelancerek, tylko spotkania MLM – panie, które sprzedają kosmetyki i inne rzeczy. Ona robi im strony, landingi sprzedażowe, projektuje ulotki. Tak pozyskuje klientów z lokalnych biznesów. To naprawdę fajny sposób, żeby wyjść do ludzi i nie mieć takiej konkurencji jak na grupach, gdzie sto komentarzy to mało – bywa i czterysta – i spróbuj się tam wyróżnić.
Ela:
Dokładnie – spróbuj się w ogóle przebić z ofertą. A potem słyszę, że wirtualna asysta to przeżytek, że nie znajdziesz klienta, że to ściema, że mentorki ściemniają, a praca zdalna jest do bani. Bo jest masa osób, jak to nazywam, z ulicy: ktoś im powie, że nadawałyby się do stron internetowych, one zrobią darmowy kurs online i już się ogłaszają. Teoretycznie możesz się ogłaszać, nikt Ci nie zabroni, ale trzeba się jeszcze nauczyć, zbudować biznes i ofertę, i nauczyć się sprzedawać. Jeśli nie jesteś gotowa albo nie możesz pozwolić sobie na duży kurs czy mentoring, jest masa konkretnych materiałów – na przykład Przystań Specek, która z tego, co się orientowałam, ma przystępną cenę. Możesz przyjść na webinar, umówić się na konsultację albo zacząć chodzić na networkingi, które też nie kosztują fortuny. Nikt nie każe Wam płacić kilku tysięcy złotych za spotkanie. Możecie przyjechać na konferencję, spędzić tam cały dzień, kogoś poznać i dopytać o to, co od dawna chodzi Wam po głowie.
Sylwia:
Jest też dużo darmowych spotkań, na przykład mniejsze spotkania WordPressowe. Często to całodniowe wydarzenia – jak w Gdyni, o czym rozmawiałyśmy z Magdaleną Magdziarz. Można po prostu przyjść i zobaczyć, czy to dla nas. Jest masa spotkań z naprawdę dużą dawką wiedzy. U nas w Raciborzu, małej miejscowości na Śląsku, dziewczyny też organizują takie spotkania. Ostatnio było o AI i przyszło prawie 40 dziewczyn – w małej miejscowości! Darmowe spotkanie, kilka godzin, i zawsze można coś dla siebie wynieść. Nawet w małych miejscowościach, jak się rozejrzycie, można coś znaleźć. Warto spróbować, czy to dla Was.
Ela:
Dokładnie. Nie dość, że się czegoś nauczymy, to mając konkretną specjalizację, możecie zaoferować i zareklamować swoje usługi. W mniejszych miejscowościach jest nawet większa siła przebicia i łatwiej dotrzeć do ludzi, bo ufają komuś, kto jest blisko, mogą zwrócić się bezpośrednio i raz na jakiś czas się spotkać. Moje śniadania mają trochę inny cel, ale przychodzą na nie też dziewczyny, które korzystają z kursów moich albo mojego męża. Jeśli mają wątpliwości, nie czają się online, czy napisać. Utrzymuję bardzo mocny kontakt z kursantkami, ale zdarza się, że ktoś się czai, a potem przyznaje: „Nie wiedziałam, czy mogę napisać”. A tu – telefon. Ostatnio koleżanka zapytała: „Mogę przyjechać do ciebie na kawę, bo mam pytanie o media społecznościowe?”. Zapraszam, proszę bardzo. Więc wychodzimy nie tylko z ulotką czy ciasteczkiem, ale z konkretnym kontaktem, a nawet z przyjaźniami.
Sylwia:
Wiem też, że z niektórych spotkań, może nie w ramach współpracy biznesowej – na przykład z klubu mam – dziewczyny chodzą razem na tańce czy ćwiczenia, bo łatwiej się zmobilizować, kiedy cała grupa się skrzyknie. Nawiązują się nie tylko relacje biznesowe, ale i prywatne – wspólne projekty czy wypady. Ostatnio dziewczyny mówiły, że zebrały się ekipą i pojechały w góry, a skrzyknęły się na prywatnym czacie. Naprawdę fajne doświadczenie. Wspomniałaś o zbieraniu kontaktów. Co z nimi zrobić później? Bo niektórzy są trochę jak zbieracze kursów – kupują i nie robią. Zbierają wizytówki, a potem leżą „wizytówki z niedzieli, których jeszcze nie przejrzałam”.
Ela:
Ja wszystko zbieram: wizytówki, ulotki, vouchery – czasem nawet nie wiemy, co na nich jest. Słyszałam, jak ktoś mówił: „Od razu do kosza”. Nie! Zobacz, co tam jest, bo często jest coś naprawdę fajnego, a nie zapchajdziura. Kiedyś na konferencji dostałam voucher ważny trzy dni i nie zdążyłam go nawet przejrzeć, ale z wielu usług skorzystałam. Po konferencji zawsze rozpakowuję rzeczy do prania – jestem z tych, których walizka nie stoi tygodniami – i wypakowuję gadżety oraz notesy. Chłopcy zawsze dostają ode mnie naklejki z konferencji. Wizytówki od razu przeglądam i sprawdzam, czy do którejś chcę zajrzeć później, czy coś już mam albo mam podobnego – na przykład dostaję mnóstwo ulotek o hostingu, a współpracuję z jedną firmą, więc z nich nie korzystam, chyba że widzę coś „wow”, to mogę się zastanowić albo komuś podarować. Potem trzymam je przy biurku, przeglądam i patrzę, co ktoś fajnego robi, czy jest przestrzeń do współpracy albo wysłania oferty, z kim rozmawiałam. Zawsze warto się do takiej osoby odezwać i zaobserwować ją na Instagramie, bo wszystkim zależy na zasięgach, a to działa z wzajemnością. Zasięgi nie spadają z nieba. Algorytm działa tak, że pokazujemy się nie tylko osobom, które nas obserwują, ale – jeśli jesteśmy aktywne – też podobnym biznesom. Więc jeśli na konferencji miło Wam się z kimś rozmawia, z czystej sympatii zaobserwujcie tę osobę, zaobserwujcie swoje koleżanki. Będą Wam się wyświetlać podobne biznesy i może traficie na coś ciekawego. Vouchery też zawsze przeglądam: na ile i do jakiego sklepu. Niektóre są naprawdę wartościowe, a niektóre to 5% tylko od cen regularnych – wtedy czekam na lepszą promocję.
Sylwia:
Na Black Friday.
Ela:
Na którejś konferencji dostałam voucher na lekcje angielskiego i skorzystałam. Mój mąż jest co prawda dwujęzyczny i trochę go podsłuchuję, ale to zawsze inna perspektywa. Kupowałam też coś z voucherem po konferencji w sklepie partnera z zeszłego roku, a kiedyś dostałam voucher na sukienkę. Zawsze przeglądam i patrzę, co ciekawego, a jeśli coś mnie bardzo zainteresuje, szukam promocji. Czasem też wracam do kogoś. Pokazywałam przed chwilą kilka wizytówek, bo byłam w niedzielę na targach. Jedną z wystawczyń była dziewczyna od herbat. Pamiętałam ją, bo kiedyś dostałam jej herbatę i ją zaobserwowałam – jestem pewna, że będę jej klientką. Na targach kupiłam zapas tej herbaty, bo była przepyszna. Takie rzeczy warto zapamiętywać i zbierać, a nie wyrzucać wizytówki do śmieci. O, Kasia pisze, że narobiłyśmy jej ochoty na jakieś wydarzenie. To zapraszamy! Jeśli dobrze pamiętam, jest z okolic Opola?
Sylwia:
Bezpośrednio z Opola.
Ela:
Jest nawet pociąg do Lublina, bo sprawdzałam. Blisko dworca, a mamy piękny dworzec. Lublin jest bardzo dobrze skomunikowany: jest lotnisko, PKP, busy i autobusy, więc dojazd jest bardzo wygodny właściwie z każdego miejsca. Chyba najtrudniej dojechać teraz z Trójmiasta, bo pociągi zostały wycofane i uruchamiają je dopiero w wakacje. Sama chciałam tam dojechać w wakacje i musiałabym się przesiadać, ale to też nie jest niemożliwe.
Sylwia:
Zawsze z jakąś przesiadką da radę – przez Warszawę.
Ela:
Dokładnie. Albo skrzyknąć się w kilka osób. Z Trójmiasta przecież jadą dziewczyny, wiem, że będą z różnych miast. Zawsze warto zapytać u siebie: „Hej, kto jedzie na tę konferencję stąd?”. Można jechać razem pociągiem albo samochodem i zrzucić się na paliwo. To też jest fajne – i wzajemne wsparcie.
Sylwia:
A przy dłuższej drodze jest czas, żeby coś przegadać i nie usnąć za kierownicą. Można się bliżej poznać i nawiązać relacje już w drodze, nie tylko na samej konferencji. Czy widzisz jakiś błąd uczestniczek, który powtarza się przez kolejne edycje?
Ela:
Chyba już to wybrzmiało, ale widzę dwa. Pierwszy to niezrozumienie hasła „freelance” i specjalizacji, a potem zamykanie się tylko na nią: „Jestem już pięć poziomów w bok albo wyżej i to nie jest dla mnie”. Wiele osób nawet nie patrzy na agendę, tylko od razu zakłada, że skoro konferencja ma takie hasło, to na pewno nie dla nich. To dzieje się przy każdym wydarzeniu: „WordCamp? Nie jadę, bo to WordPress”.
Sylwia:
A nie patrzą na agendę, gdzie zwykle jest cały panel komunikacyjno-biznesowy. Tam też zwykle są różne ścieżki, dziś choćby dużo tematów o AI, co jest na czasie – w każdym biznesie prędzej czy później spotykamy się z narzędziami albo innymi aspektami AI. Nie patrzymy nawet, jacy są prelegenci. A czasem jest prelegent w ogóle niezwiązany z WordPressem albo tylko pobieżnie i fajnie byłoby go posłuchać.
Ela:
Na przykład autor książek, tak jak wspomniany Robert. Albo Marcin Grzeszczuk, który zajmuje się e-commerce. To nazwiska, które przewijają się na różnych konferencjach i wydarzeniach. Warto najpierw sprawdzić, co konferencja oferuje, co będzie się działo i jacy będą partnerzy, a dopiero potem podejmować decyzję – zamiast od razu mówić: „Nie dla mnie”. Drugi błąd to wciąż dużo blokad, a właściwie przekonań, że nie nadajemy się do networkingu i rozmowy. Ktoś przyjeżdża na konferencję i nawet nie podejdzie, nie zagada, przemyka pod ścianami i wychodzi wcześniej. W zeszłym roku była jedna z moich kursantek – bardzo się cieszę, że była – ale w ogóle do mnie nie podeszła. Potem napisała, że była i było super. Zapytałam: „To dlaczego do mnie nie podeszłaś?”. Była z siostrą, a było prawie 250 osób, więc podejrzewam, że usiadły w kącie albo utknęły na sali, zero networkingu, zebrały tylko gadżety. Jako organizatorka biegałam i czasem trzeba do mnie podejść, zatrzymać mnie i powiedzieć: „Cześć, Ela, jestem taka i taka”, bo nie każdego rozpoznam. Ciebie rozpoznam, mam nadzieję. Dziewczyny mówiły, że na żywo wyglądam tak samo, więc to pocieszające. W każdym razie nie traktujcie tego jako czegoś trudnego, jako wyciskania się ze strefy komfortu. W zeszłym roku miałam całą prelekcję o tym, że rozwój nie musi wiązać się z bólem i przełamywaniem się. Często mówimy: „Muszę się przełamać”. Gdzie Ty chcesz się przełamywać? Co chcesz ze sobą robić? Po prostu zacznij poszerzać strefę komfortu. Umów się z koleżankami, zbudujcie sobie bezpieczną przestrzeń, żeby zbadać grunt pod nogami. W kupie siła. Idąc z koleżanką, łatwiej podejść do partnera i zagadać: „Co pan tu ma? Co oferujecie? Jakie usługi? My robimy to i to, może was zainteresuje – może my skorzystamy, a może wy?”. Tak budowałam swoją markę. Kiedy zaczęłam podchodzić i mówić, że organizuję takie rzeczy i prowadzę takie kursy, słyszałam: „To może o tym opowiesz?”. Zaczęłam być zapraszana do występowania na wydarzeniach i to było dla mnie „wow” – jestem doceniana i mogę w ten sposób budować swoją markę. Bo wysyłanie zgłoszeń czy ofert w ciemno nie zawsze przynosi efekt.
Sylwia:
Dokładnie. Łatwiej kogoś przekonać w bezpośredniej rozmowie niż mailem, który może wpaść do spamu i ktoś nawet nie zauważy, że coś przyszło. Więc to zdecydowanie większa szansa, żeby do kogoś dotrzeć. Fajnym przykładem jest Ania, o której rozmawiałyśmy ostatnio z Magdaleną. Zaczynała od takich spotkań i jeździła na WordCampy jako uczestniczka, a teraz została organizatorką w WP.
Ela:
Ania Witko, która będzie w Lublinie – namówiłam ją, żeby przyjechała. Ona namawiała mnie na wystąpienie we Wrocławiu. Powiedziałam: „Aniu, przepraszam. Wiem, że robię dokładnie to samo, zapraszając cię na swoją konferencję, ale to tydzień później, a jako organizatorka nie dam rady”. Dzieci wysyłamy na kilka dni do dziadków i nie zdążyłabym się przygotować ani wrócić do równowagi, zwłaszcza gdybym miała wystąpić. Ale Ania będzie. Mery też.
Sylwia:
Tak, też będzie. To dziewczyny, które zaczynały od uczestniczenia w spotkaniach, a później zostały prelegentkami. Ania występuje też w Gdyni na WordUpie i wkręciła się w organizację wydarzeń. To super przestrzeń nie tylko do pozyskiwania klientów na usługi czy produkty, ale też do fajnych wspólnych projektów.
Ela:
Dokładnie. Warto się za nimi rozglądać, rozmawiać i poszerzać strefę komfortu. Powtarzam to jak zdarta płyta.
Sylwia:
Bo to częsta blokada. Ja też często słyszę od dziewczyn: „Nie lubię tego, będę tam siedzieć sama, nie mam z kim jechać”. To częste wymówki, ale warto spróbować. Ja też nie lubię wychodzić z domu – najgorszy krok to przekroczyć próg. Potem już jest spoko. Wiem, że czasem to trudne, ale potem jest zadowolenie, że poznało się fajnych ludzi. To okazja do naprawdę fajnych znajomości, które mogą przerodzić się w dalsze współprace. Powiedz jeszcze, czego można się spodziewać na Twojej konferencji. Wspomniałyśmy o różnych ścieżkach. Jak wygląda cały dzień, od rana do wieczora?
Ela:
Zaczynamy o 10:00 porannym fotorozruchem. To nasz stały punkt programu – genialny i każdy go potem wspomina. Od pierwszej konferencji jest z nami Dorota Dąbrowska-Frydrych, fotografka, która jest też oficjalną partnerką wydarzenia. Dorota ma niesamowitą łatwość tłumaczenia, jak pozować i co robić. Spotykam się z różnymi fotografami i niektórzy fajnie prowadzą sesje, ale Dorota jest po prostu genialna. Miałam u niej sesję i pierwszy raz w ogóle nie wstydziłam się siebie, nie wciągałam brzucha w nienaturalny sposób – wszystko mi wytłumaczyła. Na początku konferencji Dorota pokazuje kilka trików: jak pozować, jak rozluźnić się przed zdjęciem i jak nie uciekać przed aparatem, bo wiele osób tak robi. A zdjęcia z takich wydarzeń później się przydają – możecie je wykorzystywać w mediach społecznościowych i ofertach. Dorota będzie też miała stałe miejsce z tłem fotograficznym, gdzie będzie można dać się ustrzelić, czyli zrobić sobie nowe zdjęcie biznesowe do mediów społecznościowych albo profesjonalne do oferty. Jeśli któraś z Was od dawna czai się na sesję, ale ciągle coś przeszkadza – finanse, blokady, brak przygotowania, „muszę schudnąć” – ja też to znam, też tak miałam. Będzie można pójść do Doroty i zrobić sobie naprawdę fajne zdjęcie profilowe. Po fotorozruchu rozdzielamy się na trzy sale: dwie z prelekcjami i jedną warsztatową. Co dwie prelekcje mamy dłuższą przerwę networkingową na kawę i herbatę. W tym hotelu bardzo fajne jest to, że mamy całą własną przestrzeń konferencyjną. Sala warsztatowa jest obok, ale nie jest bezpośrednio połączona. Główna przestrzeń to przeogromna sala. Sylwia, byłaś w Lublinie na WordCampie w 2017?
Sylwia:
Nie, jeszcze w ogóle nie byłam w Lublinie. To będzie mój pierwszy raz.
Ela:
O, to też fajnie! Ta sala jest podzielona na trzy części. W dwóch skrajnych są prelekcje, a w środku otwarta przestrzeń networkingowa z kawą, herbatą, ciasteczkami, owocami – przepraszam za zdrobnienia. Będą tam partnerzy i stoliki, będzie można odpocząć, porozmawiać i skorzystać z różnych usług. Prelekcje trwają równo 20 minut, jest też czas na pytania i kilka minut na przejście do innej sali, jeśli ktoś chce. O 17:00 jest podsumowanie, wcześniej jeszcze panel, a na koniec rozstrzygnięcie konkursu – więc zachęcam, żeby być cały dzień i nie uciekać w trakcie. Na pewno będzie dużo się działo, bardzo ciekawie i różnorodnie. Agenda jest na stronie konferencjafreelance.pl, warto zajrzeć.
Sylwia:
Podlinkuję Wam, będzie można zobaczyć. Jest tego naprawdę sporo, bo przeglądałam. Każda ścieżka: coś bardziej technicznego, mniej technicznego, bardziej mentalnego – myślę, że każdy coś dla siebie znajdzie. No i networking – chociażby pod tym kątem warto, bo nawet jeśli w danym momencie nic nas nie zainteresuje, można pogadać.
Ela:
Dodam, że w zeszłym roku pierwszy raz zrobiliśmy dwie ścieżki, bo wcześniej zawsze była jedna, i dostałam kilka obniżonych ocen za to, że trudno było wybrać. Naprawdę – oceniają! Stwierdziłam wtedy, że ludziom nie dogodzisz. To jak z dziewczyną z kursu, która powiedziała mi, że nie była w stanie przerobić całego materiału. Przykro mi, nic na to nie poradzę.
Sylwia:
„Za dużo lekcji”.
Ela:
Tak, a potem ktoś się gniewa, bo nie dał rady przerobić. Wybierasz to, na co masz siłę, i tak samo tutaj wybierasz to, co Cię interesuje. Czasem chciałoby się pójść i na to, i na to, ale coś za coś. Prelekcji jeszcze nie nagrywamy – to nie ten etap. Może przy kolejnych edycjach będzie dostęp do materiałów, bo czasem ktoś pyta, czy można obejrzeć później. Z doświadczenia wiem, że ja nigdy nie oglądam nagrań, chyba że swoją prelekcję, żeby przeanalizować, nad czym popracować. Nie jest to dla mnie wartość dodana, ale wiem, że ludzie mają różne podejścia.
Sylwia:
Ja też zwykle nie oglądam, nawet nagrań z wydarzeń online. Zawsze dostajesz potem dostęp do materiałów. Może czasem zobaczę pojedyncze, ale jeśli nie jestem na żywo, potem nie mam czasu ich odtworzyć. Pewnie często tak jest: czekamy na nagranie, a potem nawet jak je mamy, nie mamy czasu.
Ela:
Poza tym oglądanie nagrania to zupełnie co innego niż bycie na żywo. Nie ma atmosfery, nie ma interakcji z prowadzącym ani możliwości zadania pytania. Korzystajmy z tego, że jesteśmy na miejscu: możemy podejść, zapytać, uśmiechnąć się, bić brawo – albo puścić oko do prelegenta.
Sylwia:
Albo właśnie go zaczepić, tak jak mówisz. Zaczepiłaś Roberta i udało się zaprosić go na Twoją konferencję. Zawsze można przyczaić się pod drzwiami i kogoś złapać.
Ela:
Dokładnie. Część prelegentów jest wyłapana z innych wydarzeń. Karolinę Tanonę usłyszałam kiedyś na WordCampie – wszyscy mówili, jak fantastycznie nawiązuje relacje – i to już jej drugi raz z nami. W zeszłym roku w Warszawie zebrała bardzo dobre recenzje, ludziom się podobało. Mery też słyszałam, jak i o czym mówi, i zapytałam: „Mery, może chcesz u mnie wystąpić? Wyślij zgłoszenie”. Oczywiście w pierwszej kolejności decydował temat. Do Ciebie też się zwróciłam, czy chciałabyś wystąpić albo poprowadzić warsztaty, bo wiem, że masz fajną społeczność i wiem, jak i o czym mówisz. To świadczy o jakości i o tym, że będzie to wartość dla ludzi, którzy przyjdą.
Sylwia:
Dokładnie. Więc to nie są przypadkowe „złapanki”, tylko sprawdzone osoby. Patrząc na agendę, na pewno zobaczycie nazwiska, które kojarzycie, może już miałyście z nimi styczność i wiecie, że warto ich posłuchać. Naprawdę zachęcamy. Na podsumowanie, Elu: co powiedziałabyś osobom, które się wahają, żeby przekonać je do przyjazdu?
Ela:
Umówcie się z Sylwią i przyjedźcie z Sylwią! Tworzycie społeczność, a społeczność to nie tylko online. Wiem, że Przystań Specek to formuła, którą możecie przedłużać, ale w pewnym momencie coś się kończy. A relacje, które zbudujecie, zostają na lata, są trwałe, często przeradzają się we współpracę, a czasem po prostu w przyjaźnie. Warto je wzmacniać, spotykając się na żywo.
Sylwia:
Dokładnie. Ja też staram się umawiać z dziewczynami, miałyśmy na przykład spotkanie we Wrocławiu. Kiedy jest okazja, zawsze zachęcam. I zachęcam, żeby przyjechać i zagadać – a nie tak, jak mówisz, że kursantka przyjechała i nawet się nie odezwała. Jak już będziecie, zagadajcie do mnie i do Eli. Nie jesteśmy groźne.
Ela:
Nie gryziemy!
Sylwia:
Zachęcamy i zapraszamy. Wszystko Wam podlinkuję i mam nadzieję, że przyjedzie Was sporo i będzie okazja poznać się na żywo i pogadać.
Ela:
Dokładnie. Nie ociągajcie się, bo to już w sobotę, 26 września, więc warto to zaplanować. Bilety są, ale warto zarezerwować pociąg czy inny środek transportu i się skrzyknąć. Nie odkładajcie tego na ostatnią chwilę.
Sylwia:
Zapraszamy. Elu, dziękuję serdecznie, że przybliżyłaś dziewczynom ten temat, bo pojawiają się pytania, czy to dla nich i co tam będzie. Wiadomo, można przeczytać, ale posłuchać to co innego. Mam nadzieję, że w Lublinie będzie okazja dłużej pogadać.
Ela:
Ja też dziękuję za uwagę. Do zobaczenia!
Sylwia:
Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu. Dziękuję!








